Konserwanty nie takie złe? Rozmowa z Agnieszką Bregułą, właścicielką marki Ecocera

Kosmetyka naturalna to nie tylko trend. To już styl życia, a nawet nasz obowiązek. Czy jednak wiemy o niej dostatecznie wiele? Agnieszka Breguła, twórczyni marki Ecocera, opowiedziała nam o internetowych mitach dotyczących konserwantów, o czym tak na prawdę mówią nam certyfikaty umieszczane na kosmetykach oraz o wyzwaniach z jakimi musi mierzyć się producenci kosmetyków naturalnych.


Julia Błaszczyk: Podczas panelu dyskusyjnego towarzyszącego Festiwalowi Kosmetyków Naturalnych i Wegańskich wspomniała pani o konieczności dodawania konserwantów do kosmetyków, również tych określanych jako naturalne. W kosmetyku naturalnym mogą rozwinąć się niebezpieczne grzyby i pleśń, które mogą zaszkodzić naszej skórze. W jaki sposób producenci kosmetyków naturalnych zabezpieczają nas przed tym ryzykiem?

Agnieszka Breguła: Odpowiedź jest bardzo prosta i zawsze taka sama: jest to konserwant. Wiem, że każdy zwolennik ekologii oburzy się na sam dźwięk tego słowa, jednak postaram się trochę stonować te niepokoje. Zacznę od tego, że konserwant w każdym kosmetyku po prostu musi być, inaczej kosmetyk taki byłby dla naszego organizmu ogromnym zagrożeniem właśnie z uwagi na rozwój przeróżnych drobnoustrojów, bakterii, grzybów i pleśni. Proszę zwrócić uwagę na to, że niezabezpieczony odpowiednim konserwantem kosmetyk nie zdążyłby nawet trafić do dystrybucji, a już byłby do wyrzucenia. Poza tym każdy kosmetyk musi być poddany testom mikrobiologicznym. Bez konserwantów najprawdopodobniej nie przeszedłby testów i nie mógłby być wprowadzony do obrotu.

J.B.: Jednak od producenta kosmetyków naturalnych spodziewamy się produktów bezpiecznych, bez tak zwanej “chemii” w składzie, a konserwanty są przecież składnikami dyskusyjnymi…

A.B.: Wszystko rozbija się o to jaki to będzie konserwant i w jakiej dawce go użyjemy. Pamiętajmy, że nawet najzdrowszy składnik użyty w nadmiarze może szkodzić, a konserwant użyty z umiarem, w dawce homeopatycznej, pomoże przeciwko bakteriom, na przykład ogromnie niebezpiecznej ecoli, grzybom czy pleśniom, które mogą mieć fatalny wpływ na nasze zdrowie i kondycję naszej skóry. Niektóre z nich są dla naszego organizmu znacznie bardziej niebezpieczne niż nawet najcięższy konserwant, niektóre mogą wręcz spowodować śmierć. We wszystkim więc znaleźć należy złoty środek.

Agnieszka Breguła (z mikrofonem, pierwsza z prawej) w trakcie panelu dyskusyjnego pt „Kosmetyki naturalne. Czy to jest chwilowy TREND czy styl życia?”

J.B.: Skoro więc konserwant musi znaleźć się w składzie kosmetyku, to najlepszym rozwiązaniem wydaje się być stosowanie konserwantu pochodzenia naturalnego.

A.B.: Producenci kosmetyków ekologicznych stoją teraz przed nie lada wyzwaniem. Konsument chce otrzymać kosmetyk bezpieczny, naturalny, w atrakcyjnej cenie. Tymczasem większość konserwantów pochodzenia naturalnego osiąga na rynku absurdalne ceny, w przypadku kilku z nich rozgorzała obecnie gorąca dyskusja, która prowadzić ma do ich wycofania – mowa np. o srebrze koloidalnym.

Tymczasem na rynku jest wiele bezpiecznych i w pełni przebadanych konserwantów, w przypadku których z całkowitą pewnością (co potwierdzone jest badaniami) wiemy, że nie mają one żadnego wpływu na nasz organizm, że nie są one w stanie przeniknąć przez błonę komórkową. Mowa tu na przykład o parabenach, które są najlepiej przebadanymi i najbezpieczniejszymi substancjami konserwującymi. Niestety niesłuszna „nagonka” na te akurat składniki sprawiła, że producenci kosmetyki ekologicznej zwyczajnie boją się ich użyć w obawie przed utratą zaufania konsumenta. Smutne jest to, że mówi się o zagrożeniach jakie niesie za sobą konserwant A czy B, a nie mówi się o zagrożeniach jakie niesie za sobą… jego brak.

Naturalnie, co podkreślam z pełną odpowiedzialnością, producenci kosmetyków naturalnych nieustannie walczą o to, aby ich produkty były bezpieczne (czyli zakonserwowane), a jednocześnie zawierały możliwe do uzyskania maksimum składników pochodzenia naturalnego.

Najlepszym przykładem takich starań jest nasz puder ryżowy. Wszyscy dziwią się, kiedy mówię, że do jego produkcji nie użyliśmy żadnego konserwantu. „No ale jak to” – pytają – „przecież w składzie wyraźnie napisane jest Phenoxyethanol”. Otóż – przez lata poszukiwaliśmy ryżu jako surowca, który nie byłby zakonserwowany i dziś z pełną odpowiedzialnością powiedzieć mogę – takiego po prostu nie ma. Ryż rośnie w warunkach o dużej wilgotności powietrza, tak więc jego plony podatne są na porost pleśni. Natychmiast po zebraniu z pola do ryżu dodawany jest konserwant aby zapobiec rozwojowi różnego rodzaju drobnoustrojów, a przede wszystkim ogromnie niebezpiecznych dla organizmu pleśni.

Phenoxethanol jest po prostu w ryżu – również w tym, który kupujemy w sklepie aby go zjeść, również w tym oznaczonym znaczkiem ECO, również w tym w ekskluzywnej restauracji sushi.

J.B.: Wspomniała pani o znaczku “eco”, przejdźmy zatem do tematu certyfikatów. Ecocert, Cosmebio, Soil Association, BDIH, ICEA, NaTrue i inne. Jest ich sporo i przeciętnej osobie trudno się w tym połapać – na który z nich warto zwrócić szczególną uwagę?

A.B.: No cóż, chyba taka moja rola, aby rozgramiać mity. Zawsze proponuję moim klientkom: nie patrzcie na certyfikat, patrzcie na skład. Z przykrością stwierdzam, że znaczna część certyfikatów nie informuje o niczym. Naturalnie są wyjątki. Takim wyjątkiem są np. certyfikaty świadczące o hipoalergiczności. Aby je uzyskać preparat musi przejść odpowiednie badania, a tego nie da się oszukać. Jednak, o czym niewiele osób wie, większość certyfikatów uzyskuje się zgodnie z zasadą „klient płaci klient ma”. Oczywiście spełnić należy kilka warunków, ale przeważnie są one naprawdę łatwe do spełnienia.

Pamiętać należy, że certyfikacja na polskim rynku praktycznie nie istnieje. Gros certyfikatów to certyfikaty zagraniczne. Ogromnie drogie, często nie do udźwignięcia finansowo dla drobnych polskich producentów, z których większość to jednak małe, rodzinne firmy nie posiadające zaplecza finansowego w postaci potężnego inwestora.

Najpopularniejsze i najbardziej rozpoznawalne z certyfikatów kosztują około 30 tys. zł za produkt, do tego dochodzi roczna opłata (np. ecocert), a w przypadku niektórych – jak np. skandywnawski black swan – jeszcze opłata od każdej sprzedanej sztuki. Kosmetyki naturalne w Polsce nadal sprzedają się w niewielkich ilościach w porównaniu do mass brand – znaczna ich część nie zarobiłaby na uzyskanie i utrzymanie takiego certyfikatu.

J.B.: Jednak certyfikaty są jakąś wskazówką dla konsumentki. Dzięki nim można szybko zorientować się czy dany produkt jest naturalny lub wegański…

A.B.: Ale czy potrzebujemy specjalnego znaczka VEGAN, żeby uwierzyć, że kosmetyk jest wegański? Jeśli nie zawiera on składników pochodzenia odzwierzęcego, to jest on po prostu wegański. W tym przypadku wystarczy więc deklaracja producenta, który na opakowaniu MUSI napisać prawdę. Proszę mi wierzyć, żaden producent nie odważyłby się pisać na opakowaniu nieprawdy. Nikogo nie stać, dosłownie, na taką nonszolancję.

Istotne jest również znaczenie danego certyfikatu. Jak wiele osób wie co dokładnie oznacza np. Ecocert? I czy kosmetyk oznaczony certyfikatem Ecocert jest z klucza ekologiczny? Otóż nie. Ecocert, bardzo drogi i szanowany certyfikat ekologiczny stworzony został przez Francuzów do oznaczania certyfikowanych, ekologicznych plonów rolnych. Często więc produkt oznaczony znaczkiem  Ecocert to dla nas jedynie informacja, że użyto do jego produkcji certyfikowanych plonów rolnych. Jednak tylko skład kosmetyku powie nam czego potem do owych plonów dodano i jak bardzo jest to ekologiczne.

Sprawą oczywistą jest to, że producent sięgający po certyfikowane plony raczej nie dosypie do reszty składu brutalnej chemii, jednak pamiętajmy o jednym: o definicji produktu eko. Zgodnie z obecnym ustawodawstwem, w zależności od kraju i używanej nomenklatury, czy jest to eko, bio czy organic, produkt taki zawierać musi od 80 do 90% składników pochodzenia naturalnego / organicznego. Po pozostałych 10-20% można, mówiąc kolokwialnie, świecić w ciemnościach.

J.B.: Co w takim razie może zrobić osoba, która w obecnych czasach chce pielęgnować skórę w zdrowy sposób?

A.B.: Przede wszystkim zachować złoty środek i nie dać się zwariować. W dzisiejszych czasach ekologia nie jest już trendem lecz stylem życia. Im bardziej jesteśmy świadomi, tym trudniej jest nam akceptować pewne rzeczy. Każdy kij ma dwa końce, każdy medal ma dwie strony. Dotyczy to nie tylko kosmetyków, ale i żywności, leków, ubrań – całego otaczającego nas świata. 

Czytajmy etykiety, zbierajmy informacje. Nie dajmy się zwariować zgubnym modom i nagonkom internetowym na szereg substancji, które naprawdę nie są największym złem tego świata. Wspomniałam wcześniej o parabenach, ale muszę tu zahaczyć o np. PEGI. Część PEGów to substancje pochodzenia naturalnego – są pochodną oleju kokosowego czy wosku pszczelego. Posługiwanie się INCI na opakowaniu zmusza producenta do użycia nazwy chemicznej tych substancji, a jest nią właśnie PEG. Nieświadomy konsument może w ten sposób odrzucić dobry i bezpieczny produkt.

Pamiętajmy, że jak w życiu, największe niespodzianki czekają na nas tam gdzie się ich nie spodziewamy. Na przykład, mało kto wie, że jest cała masa substancji zakazanych w kosmetykach, które masowo występują w lekach. Jak to możliwe, że aplikując je na skórę są tak szkodliwe, a wprowadzając je do przewodu pokarmowego nie?

Inny przykład, wprost z naszej łazienki. Zakładam, że skoro konsumentka czyta ten wywiad, to na jej półce znajdą się w większości kosmetyki ekologiczne. Co jeszcze? Z pewnością będą to perfumy. Chciałabym więc poinformować, że w ramach krajowej strategii dotyczącej substancji zaburzających funkcjonowanie układu hormonalnego Francja rozpoczęła właśnie publiczne konsultacje w zakresie substancji o działaniu endokrynnym? Dziwne? Nie do końca – w Skandynawii od lat kobietom chcącym poddać się procedurze in vitro zaleca się PRZEDE WSZYSTKIM odstawienie perfum, w których substancje te się znajdują.

Kolejny przykład dotyczy żywności. W Polsce jak i we wszystkich krajach UE prowadzone są rejestry oprysków. Jednak mało kto wie czemu takie rejestry oprysków służą. Otóż przykładowy pestycyd jakim zabezpieczone są plony rozkłada się całkowicie na przestrzeni powiedzmy 3 do 5 tygodni. W tym czasie warzywa i owoce mają okres bezwzględnej karencji – ich spożycie grozi poważnym zatruciem, a w niektórych przypadkach nawet śmiercią. Pestycydy to mocne trucizny, jednak po upływie 3-5 tygodniu rozkładają się całkowicie i produkt jest gotowy do spożycia i bezpieczny. Niestety – już pod koniec działania pestycydu plony zaczynają być atakowane przez robactwo. Rolnicy, których nie stać na ich utratę zbierają więc takie ziemniaczki czy marchewkę i lecą z nimi na targ. Nam wydaje się, że kupujemy zdrowiutkie warzywa prosto od rolnika, a tymczasem trujemy siebie i całą swoją rodzinę nie mając o tym bladego pojęcia. Oczywiście nie każdy rolnik tak postępuje, ale kto to skontroluje? Inaczej sprawa wygląda w większych sieciach handlowych – w ich przypadku produkty rolne, zanim trafią na półkę, są badane w laboratorium. Biorąc to pod uwagę stajemy przed wyborem: kupić produkty rolne na bazarze czy w supermarkecie?

J.B.: Bezpieczniej zatem kupić włoszczyznę w Biedronce niż na targu?

A.B.: Niestety – w takich czasach żyjemy.



Oceń:

Dodaj komentarz

  Subskrybuj  
Powiadom o
POLECAMY:
Sieć drogerii Hebe poszerza ofertę kosmetyków naturalnych i wegańskich. Podczas zorganizowanego ostatnio Festiwalu Kosmetyków Naturalnych i Wegańskich można było zapoznać się z ofertą kilkunastu wystawców,…